wtorek, 21 października 2008

wscieklam sie dzisiaj...

Jak zwykle we wtorek rano mialam kurs jezyka francuskiego. W mojej grupie jest dwoch Brazylijczykow, dwoch Banglijczykow (tak wedlug slownika jezyka polskiego nazywaja sie mieszkancy Bangladeszu - swoja droga mialysmy kiedys na pewnym forum dluga i trudna dyskusje na ten temat), pare malzenska Chinczykow oraz jedna Chinke stanu wolnego, teoretycznie na liscie jest tez Hinduska (przynajmniej imie i nazwisko wyglada mi na Hinduske, ale kto wie moze to mezczyzna, nie znam sie na imionach hinduskich), no i ja - Polka - stan: jedna. Nauczycielka oczywiscie Francuska, na dodatek urodzona Paryzanka. Czyli jednym slowem miedzynarodowe towarzystwo (no to sa dwa slowa, ale niech juz tak zostanie).

Banglijczycy jak sie mozna domyslic muzulmanie. Juz pierwszego dnia gdy przyszlam (od drugiego tygodnia zajec poniewaz pierwszy spedzilam w lozku w towarzystwie... goraczki) zostalam zapytana przez jednego z nich czy czasem nie jestem muzulmanka. (No fakt trudno sie domyslic ze dziewczyna w dlugiej sukience i dlugim rekawie i w chuscie na glowie moze byc muzulmanka. No, w ogole na muzulmanke nie wygladam. ;) ) Oczywiscie moj rozmowca pochwalil sie, ze rowniez jest muzulmaninem oraz, ze jego kolega takze jest wspolwyznawca.

No i sie zaczelo... Jestem w stanie zrozumiec, ze Brazylijczycy puszczaja do mnie uwodzicielskie spojrzenia, usmiechy itp. Jestem w stanie zrozumiec, ze Chinczyk moze probowac podac mi dlon na powitanie. Ale nigdy nie zrozumiem muzulmanina, na dodatek z tak konserwatywnego kraju jak Bangladesz, wgapiajacego sie we mnie przez cala dwugodzinna lekcje, usmiechajacego sie promiennie do mnie za kazdym razem, i w ogole zachowujacego sie jak blazen. Tym bardziej, ze pierwszego dnia widzial ze zostalam przyprowadzona przez mezczyzne, a raczej nie posadzilabym Meza o bycie podobnym do mnie fizycznie na tyle zeby mozna go bylo wziac za mojego brata, opcjonalnie nie wyglada na tyle staro zeby go wziac za ojca. Na dodatek dosc demonstracyjnie nosze moja malzenska obraczke, wiec wydawaloby sie ze to dosc widoczne, zem mezatka.

Nie dla Jamila Hassana i jego kolegi Biplopa (mam nadzieje, ze prawidlowo odmieniam ich imiona). Wgapiaja sie we mnie, usmiechaja, wrecz szczerza, stroja minki. Jedno dobre: po lekcji i powiedzeniu "salam alaikum" na ulicy juz mnie nie zaczepiaja. Fakt, na ulicy by sie juz bali, bo jeszcze ktos zauwazy. Albo, ze rodzina przylapie... Ale na kursie nie ma muzulmanskiego opiekuna, ktory by pilnowal zachowania.

Dzisiaj pan J.H. przebral miare. Podczas lekcji poznal slowo "jolie" czyli ladna. I zaraz musial powiedziec, ze "M. (czyli ja bo idiotycznie na liste wpisali mnie imieniem z paszportu a potem nie mialam jak tego odkrecic bo juz mnie wszyscy poznali jako M.) est jolie" szczerzac sie przy tym do mnie. Mialam ochote dac mu plaskacza w twarz.

Jestem muzulmanka i mezatka, i nie odpowiada mi zeby jakis obcy mezczyzna mowil mi, ze jestem ladna, poprostu nie odpowiada mi i kropka. I to na dodatek ktos taki jak J.H., ktos, kto jestem pewna zna zasady i powinien sie ich trzymac. Banglijki w Bangladeszu by tak nie skomplementowal ze zwyklego szacunku. No ale jestesmy we Francji. Na "smierdzacym Zachodzie". Tutaj przeciez muzulmanki zyja wedlug innych zasad niz tam. Tutaj nie ma Boga... (Astaghfirullahi'l'adhim, Wybacz mi, o Najwyzszy, za te slowa)

Jak Maz zadzwonil spytac sie, jak na co dzien podczas przerwy, co tam u mnie i czy bezpiecznie wrocilam do domu po zajeciach, latwo zauwazyl, ze jestem wzburzona. Opowiedzialam mu o wszystkim (choc moze nie powinnam zeby go nie martwic). Powiedzial, ze jezeli to sie powtorzy mam mu zaraz powiedziec to juz on "pogada" z tym "kolega".

Wiecie co? Kocham mojego Meza.

chcialam umiescic jakies fotki niestety nie mam pojecia jak sie za to zabrac, coz tak to jest jezeli sie jest przyslowiowa blondynka ;)

poniedziałek, 20 października 2008

Pierwsze wrazenia

Ojej wspomnienia...

Od czasu przyjecia islamu marzylam o przeprowadzce do kraju gdzie praktyka naszej pieknej religii jest latwiejsza, gdzie bez problemu mozna znalezc produkty halal, gdzie bez problemu kobieta moze praktykowac zasady hijabu i stroju islamskiego, gdzie bez problemu mozna znalezc meczety...

Rzeczywistosc paryska przeszla moje oczekiwania...


Pierwszego dnia po przyjezdzie poszlismy na spacer po okolicy. Dodam ze mieszkamy w samym Paryzu, nie w jakims podmiejskim zbiorowisku, ktorych czesc jest okreslana mianem gett arabsko-afrykansko-muzulmanskich. No wiec wyszlismy na spacer... Pierwsze co zauwazylam to ludzie. Kolorowi. Taksowkarz ktory nas przywiozl z autobusu byl chinczykiem, niedaleko nas byl sklep indyjsko-pakistanski wiec i pelno indusow dokola, na ulicach wielu arabow, czarnych ale rownie wielu bialych. Mowiac szczerze porazilo mnie to...

Gdy szlismy ulica coraz to mijala nas jakas muzulmanka w hijabie, i za kazdym razem slyszalam wypowiedziane w moja strone "salam alajkum" "pokoj z toba" (muzulmanskie pozdrowienie)...
Inna sprawa, ze co kobieta to inny stroj: zaczynajac od ubranych po europejsku europejek, azjatek i arabek poprzez muzulmanki w europejskich strojach ale z chustkami lub szalami na glowach, w spodniach i tunikach, w spodnicach lub sukienkach, nastepnie moglam zobaczyc afrykanki w tradycyjnych kolorowych strojach czasami zestawionych w bardzo ciekawy sposob z czarnymi zaslonami na twarz, Somalijki w ich olbrzymich khimarach (szata zakrywajaca od glowy minimum klatke piersiowa) - ich byly prawie do kostek albo do polowy lydki, arabki w abayach (luzna arabska suknia z dlugim rekawem), zydowki w strojach europejskich ale zaslaniajace glowy ale i takie w perukach, hinduski w sari i czerwienia we wlosach, albo i te ubrane po europejsku ale z czerwonym bindi mezatki na czole, i wreszcie - kobiety zaslaniajace twarz: w nikabach i sitarach... ale i tutaj zobaczylam pelna rozciaglosc strojow: od pol-nikabu zaslaniajacego tylko dol twarzy wraz z nosem po pelny sitar zaslaniajacy i oczy, z dodatkiem czarnych skorzanych rekawiczek i pelnych butow...
Mezczyzni takze w pelnej rozciaglosci strojow: od europejskich, garniturowych, po panow w tradycyjnych galabijach czesto z muzulmanskimi czapeczkami na glowach, z brodami od krotkiej po bardzo dluga, wreszcie wielu Zydow w czarnych kapeluszach na glowach i z pejsami razem z malymi chlopcami ubranymi w ten sam sposob ... Wreszcie bezdomni wsrod ktorych mozna uslyszec kazdy chyba jezyk istniejacy na swiecie...

Przezylam szok.
Tego pierwszego dnia doszlo do tego ze poplakalam sie na ulicy, zbyt duzo wrazen jak na jeden dzien...
W sumie ten szok nadal przezywam, poniewaz nie bylam przygotowana psychicznie na tak roznorodne spoleczenstwo.

Potem odkrylam sklepy: z miesem, halal!!! w normalnych cenach, nie jak w Polsce gdzie zakup miesa halal graniczy z cudem i kosztuje ono zdecydowanie za duzo... w sklepach znalazlam zelki halal za ktorymi tak tesknilam... supermarkety gdzie wiekszosc sprzedawanych jogurtow i tak jest bez zelatyny (swoja droga ciekawe ze w Polsce dodaja zelatyne a jogurty sa wodniste, jogurty ktore kupuje tutaj sa tak geste ze mozna je kroic i to takie zwykle w plastikowych pojemniczkach), sklepy rybne, gdzie obsluga nie tylko pomoze w wyborze ale jeszcze oczysci i umyje ryby bez dodatkowych oplat, sklepy miesne gdzie moge poprosic o pokrojenie miesa w dowolny sposob lub zmielenie w maszynce (i to wszystko halal) a obsluga zrobi to bez poczucia ze robi mi laske, i jeszcze na koniec pozegnaja mnie w mily sposob, o muzulmanskim pozdrowieniu nie wspominajac.

Po tygodniu zaczal sie Ramadan i co odkrylam: tu meczety sa prawie wszedzie - albo w postaci sal do modlitwy, adaptowanych domow mieszkalnych, albo budowane jako meczety, w zaleznosci od miejscowego zapotrzebowania wiernych. Nie w kazdym co prawda jest miejsce dla kobiet, jednak poniewaz srednio co kilka przecznic jest jakas sala modlitw zawsze mozna znalezc miejsce do modlitwy. W Ramadanie chodzilismy na taraweeh prawie co wieczor, prawie za kazdym razem do innego meczetu. I to tylko w naszym kwartierze.
SubhanAllah...

Wiele osob narzeka na Francje, USA, Wielka Brytanie, na tzw "Zachod". Coz polityka nigdy czysta nie byla. Polityki prowadzonej ostatnimi laty nie zaakceptuje nigdy. Wielu przybyszow z krajow "wschodu" narzeka na zdobycze Oswiecenia, na wszechobecna na tzw Zachodzie laicyzacje. Jednak mysle ze moze jednak nalezaloby sie z tych zdobyczy cieszyc: to wlasnie ta tolerancja wypracowana przez wieki daje nam muzulmanom te wolnosc wyznawanej religii, praktyki naszej religii, prawo do zakladania muzulmanskich szkol dla naszych dzieci, prawo do prowadzenie naszych sklepow i do budowania meczetow.
Kiedys od mamy i jej kolezanek uslyszalam, ze nie po to sufrazystki walczyly o prawa kobiet zebym ja teraz zakladala chuste muzulmanska i decydowala sie na bycie house wife - ja powiem odwrotnie: to dzieki sufrazystkom moge to robic z wlasnej nieprzymuszonej woli, to dzieki sufrazystkom mam prawo nosic i robic co chce - jak chce nosic nikab to nikomu do tego, jak chce praktykowac islam to nikt nie ma prawa sie w to wtracac i prosze mnie od tego prawa nie uwalniac. Jestem muzulmanka z wyboru i nie potrzebuje uwalniania mnie. Bo jestem wolna. I zgodnie z moja wola wybralam zycie poswiecone Jedynemu Bogu.

I wiecie co. Mimo, ze jak pisalam wczesniej, nadal przezywam szok kulturowy, to ciesze sie ze jestem tutaj we Francji, w kraju Voltaire'a, w kraju od ktorego zaczela sie rewolucja kulturowa w Europie, w kraju, ktory pod pewnymi wzgledami jest bardziej muzulmanski i islamski od niejednego "muzulmanskiego" kraju Bliskiego Wschodu...

salam alaykum wa rahmatullah wa barakatuhu



niedziela, 19 października 2008

poniewaz jestem zapalona kucharka na tym blogu nie zabraknie tez przepisow kuchennych

a skoro jestesmy we Francji zacznijmy od slynnej (tadam)

ZUPY CEBULOWEJ

skladniki na 2 zarloki (jak ja i moj maz) i dlugi chlodny wieczor...lub 4 lub wiecej osob w zaleznosci od apetytu:

  • 4 spore cebule
  • 3 lyzki oleju z oliwek + 3 lyzki masla (ja masla nie trawie doslownie i w przenosni wiec daje 3 lyzki oleju roslinnego)
  • ok 2 litrow wody (lub bulionu warzywnego lub na miesie)
  • spora lyzka maki
  • lyzeczka cukru
  • sol pieprz do smaku
  • i oczywiscie bagietka ;)
  1. cebule nalezy obrac i pokroic w cienkie polplasterki
  2. na patelni rozgrzac tluszcz, wlozyc cebule i dusic az zrobi sie zlota
  3. cebule podsypac maka i dokladnie wymieszac, tak zeby powstal rodzaj zasmazki
  4. calosc zalac woda badz wywarem i gotowac ok dwadziescia minut do pol godziny
  5. oczywiscie doprawic sola, niewielka iloscia pieprzu, odrobinka cukru (cebula daje swoja naturalna slodycz jednak odrobina cukru tej slodyczy dodaje), mozna dodac tymianek (ja nie daje bo obydwoje do tej przyprawy nie palamy zbytnia miloscia)
  6. jezeli posiada sie mikser (moj nie dojechal z Polski) zupe mozna zmiksowac, nie bedzie wtedy miala tych cebulowych "glutkow"
  7. jesli chodzi o bagietke robimy z niej grzanki: w normalnych warunkach dla meza zrobilabym z serem i zapiekla w piekarniku, niestety poniewaz w wynajmowanym przez nas mieszkaniu nie posiadamy piekarnika bagietke pokroilam na kawalki i obsmazylam na oleju z oliwek z dodatkiem czosnku

Gdy gotowalam moj maz krazyl przy kuchni i dogadywal, co tam ja przygotowuje do jedzenia... nie ukrywam ze byla to dla niego potrawa zupelnie nowa. Kilkakrotnie mi marudzil, ze co to, ze na co, ze jak on to biedny zje... Jednak gdy nalalam do miseczek a do lapki podalam mu grzaneczke pachnaca czosnkiem zapalal gwaltowna miloscia do tej pysznej a jakze latwej w przygotowaniu zupy i w ten sposob mialam go zalatwionego na reszte wieczoru - przyznaje mialam nadzieje ze zupka troche dluzej postoi, jednakze byla tak pyszna ze znikla przed pierwsza w nocy.